Strona główna
SklepAukcjeForumBiuletynKlipyNapisz do nas
sklepaukcjeForumbiuletynklipynapisz do nas
rower.com:NowościPoradySprzętSportTurystykaRóżnościGrawitacjaOdsyłaczeHandel
Turystyka

Polska
Zagranica
Opowieści z wypraw
Inne
SummerTrex

Wyprawa: Litwa, Łotwa, Estonia

foto15 lipca 2007 (niedziela) Zaczęło się od schodów ...

Godz. 20:09 wyruszamy! Zapał trochę przygasa, gdy musimy przenosić rowery między bocheńskimi i krakowskimi peronami, jednak wspólny kulturystyczny wysiłek rodziny i znajomych sprawia, że w końcu lądujemy w pociągu do Warszawy.

16 lipca 2007 (poniedziałek) TVN 24 na Dworcu w Wawie

O 3 nad ranem wysiadłyśmy na warszawskim dworcu, gdzie przekoczowałyśmy następne 4 godziny, oglądając całodobowe wiadomości w TVN 24 i omawiając zasłyszane fakty z bezdomnymi, jedynymi kompanami na peronie. Pociąg nadjechał planowo, trochę mniej planowo poinformowano nas o miejscu przewozu rowerów, więc musiałyśmy biec na drugi koniec pociągu. W Suwałkach wysiadła większość turystów, pozostali na granicy polsko – litewskiej, a my podążyłyśmy dalej na spotkanie wschodniej przygody.

17 lipca 2007 (wtorek) Swój

Nasz spacer po Wilnie rozpoczęłyśmy od Cmentarza na Rosie. Cmentarz podzielony jest na dwie części Starą i Nową Rossę przedzieloną ulicą Listopadową. Pierwszą kwaterę stanowi cmentarz wojskowy z grobem Matki Piłsudskiego i Sercem Syna. Dalej możemy wyróżnić Aleję Profesorów, Wzgórze Literatów z grobem litewskiego kompozytora i malarza Mikalojusa Konstantinasa Ciurlionisa. Język polski dominował podczas spaceru, zarówno pan koszący trawę jak i sprzedawca pamiątek porozumiewali się w naszym języku. Dalsza trasa zaprowadziła nas przed oblicze Matki Boskiej Ostrobramskiej, gdzie spotkałyśmy grupę polskiej młodzieży. Podążając wzdłuż ulicy Ostrobramskiej wstąpiłyśmy do Kościoła św. Teresy, Cerkwi św. Ducha, przemknęłyśmy również do Cerkwi św.

reklama
Trójcy będącej w remoncie, mijając wcześniej bramę Klasztoru Bazylianów. Ulica Ostrobramska przerodziła się w Wielką, a następnie Zamkową, a my podążyłyśmy dalej podziwiając Ratusz, odnowione kamienice, wstępując gdzie niegdzie na podwórza.

Kiedy byłyśmy już na wysokości Ratusza skręciłyśmy w kameralną ulicę Szklaną, którą dotarłyśmy do Kościoła św. Ducha, a następnie Kościoła św. Ignacego. Idąc ulicą Jezuicką minęłyśmy Ministerstwo Obrony Narodowej. Na skrzyżowaniu skręciłyśmy w ulicę Uniwersytecką, a następnie weszłyśmy na dziedziniec - dawny Alumnat Papieski pod numerem 4. Mogłyśmy tam podglądnąć pracę na planie filmowym, bo właśnie w tym momencie kręcono tam reportaż. Z dziedzińca przeszłyśmy na taras, z którego rozciąga się widok na ogród Pałacu Biskupiego (obecnie kancelaria Prezydenta Litwy) oraz stoi szachownica w kształcie słonia. Następnym punktem naszej wycieczki była wizyta na Uniwersytecie, gdzie spałaszowałyśmy bliny oraz podziwiałyśmy wnętrza księgarni Littera. Zobaczyłysmy też wnętrza Kościoła św. Jana, Kościoła św. Kazimierza, a następnie Cerkwi św. Mikołaja, dotarłyśmy do Placu Katedralnego z dzwonnicą i monumentalną budowlą Katedry śś. Stanisława i Władysława, gdzie znajduje się kaplica św. Kazimierza („trójdłoniastego” – 2 prawe i 1 lewa) patrona Litwy. Kolejnym punktem naszej wędrówki była Wieża Giedymina, skąd podziwiałyśmy panoramę miasta. Dalej podążyłyśmy ulicą Królewską, z której to obserwowałyśmy Górę Trzykrzyską, następnie gotycki Kościół św. Anny, Kościół Bernardynów (zamknięty z powodu remontu) i pomnik naszego wieszcza narodowego Adama Mickiewicza. Wędrując uliczkami Wilna dotarłyśmy na Zarzecze. Stara, acz urokliwa dzielnica Wilna z malowniczymi, drewnianymi domkami. Minęłyśmy most z kłódkami, na których młode pary wypisały swoje imiona, obserwowałyśmy lądowanie balonu, a potem z dołu pozostałości po bunkrze i Bastionie Artyleryjskim, następnie powędrowałyśmy przez Zaułek św. Kazimierza i ulicą Subocz dotarłyśmy do miejsca naszego noclegu, nieopodal Kościoła Serca Jezusowego, który do niedawna był więzieniem. Jeszcze tylko spojrzenie na zachodzące nad Wilnem słońce i myślałyśmy, że wrażeń na owy dzień wystarczy, ale okazało się, że czeka nas jeszcze jedna niespodzianka. Kiedy zagadane siedziałyśmy w naszym pokoju, usłyszałyśmy pukanie do drzwi, myślałyśmy, że nasze gospodynie coś od nas chcą, jednakże na zapytanie „kto tam?” nikt nie odpowiadał, rozpoczęło się pukanie i dzwonienie do drzwi, a my oddzielone jedynie nimi zastanawiałyśmy się co powinnyśmy zrobić. Za drzwiami rozległo się wołanie „Swój, Nataszko, Swój”.

fotofotofotofotofotofotofotofotofoto


18 lipca 2007 (środa) Mandat

Wilna smak ciąg dalszy. Droga, którą podążyłyśmy w poszukiwaniu denaturatu (w celu uruchomienie kuchenki polowej rzecz jasna ) zaprowadziła nas do Kościoła Wszystkich Świętych, dalej napotkałyśmy jajko?!, a później Synagogę, Kościół św. Mikołaja. We wschodniej części miasta na ulicy Bernardyńskiej złożyłyśmy wizytę Muzeum Adama Mickiewicza. Po przejściu ulicą Kościuszki doszłyśmy na wzgórze Antokolskie do pięknego Kościoła św. Piotra i Pawła. Dalej Muzeum Historyczno – Etnograficzne. Włóczęga uliczkami starego miasta, ulica Giedymina, Mickiewicz, Sejm, Cerkiew Romanowska, Kienesa Karaimska i ... Wieża Telewizyjna, na którą nie wjechałyśmy z przyczyn oszczędnościowych, a w drodze powrotnej zapłaciłyśmy karę w trolejbusie. Powód – miałyśmy ulgowe bilety – hahaha – a w trolejbusie polskich legitymacji, kart Euro 26 i ISIC nie uznają – pozostało tylko wołać o pomstę do nieba!

Polecamy przewodnik:
Wilno - Przemysław Włodek
Oficyna Wydawnicza „Rewasz”

fotofotofotofotofoto



19 lipca 2007 (czwartek) Pierwszy raz

Pierwszy dzień pedałowania. Pierwszy raz rozbijałyśmy namiot. Pierwsza noc na dziko. Dużo czasu straciłyśmy na znalezienie drogi wyjazdowej z stolicy Litwy. Chociaż próbowałyśmy szukać ścieżki rowerowej to i tak wracałyśmy na autostradę. Przy Pałacu w Werkach zrobiłyśmy krótką przerwę. Pierwsze nasze poczynania w Trokach skierowały nas do informacji turystycznej, a następnie udałyśmy się na zwiedzanie gotyckiego zamku na wyspie, siedziby władców litewskich. W zamku znajduje się Muzeum Historyczne, gdzie mogłyśmy podziwiać sztukę użytkową, dokumenty, mapy, pieczęcie, przedmioty liturgiczne, broń, stroje ludowe, itd. Nocleg znalazłyśmy na przeciwko zamku u litewskich gospodarzy. Na obiadokolację zjadłyśmy karaimskiego kebaba z baraniną (pierogi z kruchego ciasta z siekanym mięsem), zaliczyłyśmy wieczorny spacer po ruinach zamku na półwyspie, podziwiałyśmy domy karaimskie, drewniane, o trzech oknach zwróconych do drogi, z kwiatowymi ogródkami. Wieczorna kąpiel w jeziorku w towarzystwie glonopodobnych stworzeń morskich  i mistrzów w regatach 

Jeżeli zawitacie do Trok i nie chcecie przepłacać na kempingach i szukać kwater możecie zwitać do ogródka gospodarzy Baniewiczów, Karaimu 59, Trakai, Lietuva (tel. 51406) – rozmawiają po polsku.

fotofotofoto


20 lipca 2007 (piątek) Stuhr = (nie równa się) szuter

Opuściłyśmy Troki z zamiarem udania się do Rumszyszek. Do Semeliskes pedałowało się przyjemnie pokonując na przemian drobne pagórki z widokiem na jeziora i przepiękną okolicę. Dalej okazało się, że droga nie wiedzie do obranego przez nas celu przez co przejechałyśmy ok. 20 km więcej, prawie do miejsca, gdzie planowałyśmy nocleg jeszcze przed wyprawą tj. Aukstadvaris. Od znaku na Beizionys rozpoczęła się nasza walka z nawierzchnią (szuter) oraz własnym zmęczeniem, oparzeniami słonecznymi, komarami, itp. Droga zajęła nam cały dzień i została uwieńczona noclegiem w skansenie w Rumszyszkach.

21 lipca 2007 (sobota) W skansenie

Obudziła nas muzyka, już nie stworzeń jeziornych, ale prawdziwa, dobiegająca z samochodowych głośników ochroniarza, który chyba starał się nam lekko uświadomić, że za chwilę zaczną się schodzić turyści i należałoby pozbierać manatki. Śniadanko nad jeziorkiem. Spragnione ciepłej herbaty postanowiłyśmy rozpalić ognisko w lesie otaczającym skansen. Garnek lekko się sfajcył. Zaspokoiwszy głód i pragnienie zwiedzałyśmy miejsce, w którym przyszło nam spedzić noc. Obserwowałyśmy pracę tkaczki, ludowego rzeźbiarza, pracownię klumpi (drewnianych chodaków). W centrum parku urządzono miasteczko – rynek i 5 uliczek wychodzących z niego. Pięć „wiosek” dookoła reprezentuje pięć regionów etnograficznych i historyczynych Litwy – Auksztotę – Wysoką Litwę, Dzukiję, Małą Litwę, Żmudź i Suwalszczyznę. Komu w drogę ... i ruszyłyśmy na podbój Kowna. Nie udało się uniknąć autostrady, ale tylko dzięki dziurze w płocie udało się nam na nią dostać. Już w Kownie chyba ze trzy razy zjeżdżałyśmy i wyjeżdżałyśmy z autostrady, no bo tyle różnych zjazdów porobili ;) Po drodze trafiła się nam nawet oferta stopa do Kłajpedy, ale nie skorzystałyśmy. Po ciężkim dniu dotarłyśmy do Orinty – około 10 km za Kownem – Domeikava. Cudowny widok z tarasu. Namiot się wysuszył. Jedzenie, jedzenie, jedzenie, wiśniowy kompot!

fotofotofotofoto


22 lipca 2007 (niedziela) Wypadek polskiego autokaru pod Grenoble

Kowno. Biskupa spotkałyśmy na dzień dobry! Zwiedzanie ograniczyłyśmy do obejrzenia murów zamku, rynku z ratuszem, Kościoła św. Franciszka Ksawerego – Msza Św. o 12 po litewsku, a dalej z zewnątrz kamieniczki, dom Perkuna. Muzeum kamoli było niestety zamknięte, przed Muzeum Wojskowym zrobiłyśmy zdjęcia ukazujące jak ujarzmiamy lwa, a później dokładniej obejrzałyśmy Muzeum Diabłów oraz Muzeum Galeria Sztuki M. K. Ciurlionisa (galeria obrazów, listy pisane po polsku , w których bardzo nieładnie odnosił się do swojego brata, bo ten nie chciał do niego pisać, posłuchałyśmy też jego utworów). Galerię Sztuk Pięknych Mykolasa Zilinskasa zobaczyła tylko Justyna, 30 minut, bo niestety już zamykali – ekspozycja obejmuje malowidła, wyroby z Bliskiego i Dalekiego Wschodu oraz Egiptu. Później jeszcze spacer w poszukiwaniu meczetu. Prawie, prawie załapałyśmy się na imprezkę, ale średnia wieku nas pokonała, jakieś 50 lat! Potem zakupaski jedzeniowe, przystanek busów, fotki graffiti, z huśtawki nas wyrzucili, bo płatna i jeszcze z bezzębnym panem pogadałyśmy i tak jakoś dzionek minął.

fotofoto


23 lipca 2007 (poniedziałek) Jajecznica

Późno się poszło spać to i późno się wstało  od Orinty wyjechałyśmy w południe. Już na początku postój, gdyż zgubiła się butelka z piciem – niestety na dobre  Droga wyjazdowa z Kowna była na tyle dobra, że postanowiłyśmy maksymalnie długo jechać. Owa asfaltówka zwie się 141  W drodze zaliczyłyśmy zjazd na parking by zrobić zdjęcia Niemna i spałaszować śniadanko . W międzyczasie dołączyła do nas autokarowa wycieczka Niemców, dla której stałyśmy się atrakcją turystyczną godną obfotografowania! Później poznawałyśmy zakamarki zniszczonego Belwederu. Postój na zwiedzanie zamku w Raudone okazał się bąblowo zgubny, ponieważ żarłoczne komary obsiadły nas całym stadem. Schronienie znalazłyśmy u dobrych ludzi, którzy pozwolili nam rozbić namiot w ich ogródku, rowery schowali do garażu, a nas zaprosili na kolację. Stare małżeństwo wyemigrowało z Kowna po 1956 roku, kiedy to Rosjanie zniszczyli ich dom. Teraz mieszkają w Raudone, hodują kurki i świnki, prowadzą szklarnię z ogóreczkami, pomidorkami. Mała psiunia jest ich jedyną pociechą, bo dzieci się nie dochowali. Pani domu, mówiąca jedynie po litewsku, zadzwoniła do swojej rodziny z Wilna, którzy mówili po polsku, w celu zapytania nas, jaki rodzaj jajecznicy chcemy na śniadanko. My chciałyśmy grzecznie podziękować, mówiąc, że nie chcemy robić problemu, a wyszło na to, że same ją zrobimy i tak rano dostałyśmy do ręki patelnię, jajka i szczypiorek, ale to już historia dnia następnego 

24 lipca 2007 (wtorek) Obcy

Jajecznica była, mniam ... na drogę dostałyśmy kanapki z wędzoną szyneczką, marchewkę, ogórki oczywiście i ruszyłyśmy dalej! Nasz postój przypadł na dziedzińcu zamku Panemune, tenże zbudowany przez Krzyżaków przechodził z rąk do rąk powoli niszczejąc. Rekonstrukcja trwa do dziś. Wzniesiony na wysokiej skarpie Niemna stanowi doskonały punkt widokowy. Dalsza droga mijała spokojnie w towarzystwie Niemna z lewej i lasu z prawej. Plum, plum, plum i się rozpadało ... w Lumpenai przypadło nam szukać noclegu. Dom, w którym zaoferowano nam nocleg okazał się przelewnią spirytusu, więc zawitałyśmy do ogródka pod namiot, który jak na złość zaczął przeciekać. W czasie rozbijanie namiotu przeżyłyśmy zmasowany atak świnek. Na rozgrzanie wypiłyśmy ciepłą herbatę i dziewczynom przypadło w udziale mycie garnuszków. Opis łazienki jaki zamieściła Dorota: łazienka = wanna, w której myło się garnki zaopatrzona była w zestaw glutów na dnie, brązowy osad i zapach rybno – glutowo – odstraszający. Na ścianach buty. Lustra – jedno nie dawało odbicia, bo było tak brudne, w drugim własna postać stawała się stworem z innej bajki, czytaj koszmaru. Ogólnie wygląd był apetyczny i nastrajał do picia herbaty z widokiem na butelki po spirytusie oraz żółtego motyla z brylantem pamiętającego czasy komunistycznej rzeczywistości. Co nie zmienia faktu, że wdzięczne jesteśmy za tą herbatę bo lepszy rydz niż nic! Jakby nie dość wrażeń na jeden dzień to przed północą miałyśmy wizytę. Jakaś zamglona postać, po ówczesnym chrząknięciu, wtargnęła nam do namiotu. Ponoć blondyn w białych adidasach, przyszedł jako posłaniec, bo zarówno on jak i jego koledzy z łubudowskiego samochodu mieli ochotę na rozmowę?!?! Grzecznie acz stanowczo wyprosiłyśmy delikwenta z namiotu i aby nie być, więcej zaskakiwane postanowiłyśmy pełnić wartę. Rano słoneczko zapukało, plandeka, którą się przykryłyśmy zachlupotała, a Justynie uświadomiło się, że w przypływie nocnej bojaźni wysłała sms-a do Zbyszka by nas ratował i dzwonił na policję jak się nie odezwiemy do 8 rano. Była akurat 8:30. Zbyszek zlokalizował nasz namiot przez google, zdobył namiary na Lumpenajowską policję i już, już dzwonił ... i w tym właśnie momencie JESZCZE ŻYJEMY, ALARM ODWOŁANY!!! – ups przecież to już kolejny dzień 

fotofotofotofotofoto



25 lipca 2007 (środa) Noc pod gwiazdami

Namiot stwierdził, że poświęcamy mu zbyt mało uwagi i przypomniał o sobie po przez urwaną gumkę trzymająca w ryzach patyczek wspierający namiot. Naprawa zajęła nam około godziny. A potem już jazda, jazda, wiatr i jazda ... w bólach dojechałyśmy do Kłajpedy. Informacja, że jesteśmy pod mieszkaniem naszej host dawała zwrotną informację jak mamy dotrzeć do niej! Po jakimś czasie udało się nam spotkać i wdrapać na 3 piętro do mieszkania. Poznałyśmy czarnego kota, a właściwie kocicę, którą Justyna ochrzciła Mefisto i spędziłyśmy noc pod gwiazdami fluorescencyjnymi mrugającymi z sufitu.

26 lipca 2007 (czwartek) Jaki ten świat mały

Kolejny raz nie ominęła nas przejażdżka autobusem. Kolejny raz ulgowe bilety i stresss. Prom, ale tam już o zniżkach dla studentów nie wiedzieli. Trochę pobujało i znalazłyśmy się na Mierzei Kurońskiej, a tam z presją czasu popędziłyśmy na delfinaryjny show. Przez 45 minut delfiny i lwy morskie, lub foki, pieron wie, co to było, popisywały się swoimi artystycznymi umiejętnościami m.in. śpiewaniem, malowaniem, itp. Tradycyjnie pochlapały tych, co za mało klaskali. Po występie udałyśmy się na poszukiwanie plaży, zahaczając o skansen, w którym spotkałyśmy kuzyna Orinty, tak tak, tej która ugościła nas w Kownie. Nie ma to jak przypadkowe spotkania  Po krótkim spacerku dotarłyśmy na plażę, Dorota jako prawdziwy geolog poszukiwała bursztynu, Justyna jako „wykrywacz metalu” znalazła kolejną już monetę, a ja moczyłam nóżki w chłodnym Bałtyku. Obiad z widokiem na morze, cepeliny (wrzecionowata pyza nadziewana mięsem, polana śmietaną i posypana zieleninką), kołduny (drobne pierożki z mięsem, również ze śmietaną) i rybka (elipsoidalny filecik). Dzielenie na trzy poszło sprawnie. Nie żałowałyśmy sobie poobiedniej drzemki na kłajpedzkiej plaży. Na zakończenie dnia odbyłyśmy jeszcze rundkę po starówce tzn. szukaniu starówki, bo o dziwo nie było oczywiste, co starówką ma być. Powrót, czyli człapanie do tymczasowego domku. Wizyta w Mc'Donald-zie i Maximie, niech żyje boski sklep z lodami za 50 gr !!! Zmęczone zapukałyśmy do drzwi naszej host, ale głucho, nikogo nie było, warowałyśmy przy drzwiach, a gdy wreszcie postanowiłyśmy zejść na dół to akurat przyjechała Elena z mamą, bratem i koszatkiem, albo jakimś tam stworkiem. Spałaszowałyśmy racuszki ze zbożowym jogurtem 0% tłuszczu (czy aż tak widać, że jest co zgubić ) przygotowane przez mamę Eleny. Kolejny raz zasypiałyśmy pod rozgwieżdżonym niebem.

fotofotofoto



27 lipca 2007 (piątek) Z deszczu pod rynnę

Wreszcie, nareszcie zaliczyłyśmy kąpiel w Bałtyku! Ziuziu ... zimno ... kropi ... ale my sportowe dziewczyny hop do wody :) a potem już Dworzec Kłajpedzki i pociąg do Szawle ... ciuch ... ciuch ... a Szawle przywitało nas deszczem, eh ulewą, a nie deszczem! Na dworcu przywitała nas nasza kolejna host - Kristina, prawda, że piękne imię :D Tym razem skorzystałyśmy z możliwości wyboru miejsca noclegu i wylądowałyśmy w centrum katechetycznym, miejscu pracy naszej host. Wieczorny spacer po najbliższej okolicy i pierwsza kolacja ugotowana na kuchence. Z braku denaturatu i niemożności zakupu owego cudu ludzkości byłyśmy pozbawione możliwości gotowania, jednakże tutaj Justyna znalazła podpałkę do moskitier, ten rewelacyjny produkt posłużył do ugotowania ryżu i sosu grzybowego.

28 lipca 2007 (sobota) Baraka

Pierwszym celem naszej wędrówki po mieście słońca była największa na Litwie Katedra św. Piotra i Pawła. Z racji soboty odbywały się w niej śluby, w dzień, w który do niej zawitałyśmy odbyło się ich aż 17 - naście, a my wdrapałyśmy się na wieżę katedry by wraz z grupą pielgrzymów podziwiać czwarte, co wielkości miasto Litwy. Muzeum Kotów, w którym pierwszym eksponatem była figurka z Polski, kryło w sobie małe zoo. Widok węży, małp i innych egzotycznych stworzeń szokował i zachwycał. Kolejnym punktem naszej wyprawy była wizyta w Muzeum Rowerów. Każda z nas musiała wdrapać się na zabytkowy eksponat wystawiony przed wejściem. Pizza przy głównym deptaku i powrót. Wieczorny seans filmowo – muzyczny. Baraka – czyli muzyka i obrazy – film ukazujący świat od strony duchowej, dający możliwość własnego komentarza i przemyśleń oraz gitarowe popisy Doroty.


29 lipca 2007 (niedziela) Deszcz na pożegnanie

Góra Krzyży i odpust. Deszcz nas nie oszczędził. Ruszyłyśmy na podbój Rygi. Jelonki. Granica litewsko - łotewska i czas na poszukiwanie noclegu. W miejscowości Eleja rozbiłyśmy się na terenie Straży Pożarnej, po wcześniejszych oględzinach ogródków. Na obiadokolację przyrządziłyśmy spaghetti, doprawione tym, co znalazłyśmy w ogródku, a na deser gruszki.

fotofotofotofoto


30 lipca 2007 (poniedziałek) Ciuch ... ciuch

Około 7 rano rozpadało się na dobre i nieprzerwanie dudniło w namiot do 13. Już decydowałyśmy się spędzić kolejną noc w tym miejscu, kiedy deszcz ustał, a my postanowiłyśmy zaatakować Rygę. Pedałowało się całkiem przyjemnie, nie było zbyt ciepło, wręcz chłodno, ciemne chmury wisiały nad głowami, ale pełne optymizmu patrzyłyśmy na naszą dalszą drogę. W Rydze umówiłyśmy się na dworcu kolejowym z naszą host - Natalią. Jednakże nie było zbyt prosto trafić na dworzec. Pytałyśmy po polsku, angielsku i rosyjsku jednakże napotkani ludzie nie rozumieli, dopiero ciuch ... ciuch oddało klimat miejsca, którego szukałyśmy  Do jej domu dotarłyśmy autobusem bez kasowania biletów, ale bez płacenia się nie obeszło  Barszcz ukraiński urzeczywistnił się w czasie kolacji. Po rannych rozmowach i dywagacjach na temat zupy buraczanej dostałyśmy owy specjał na kolację! Skosztowałyśmy też serków, które utkwią w naszych głowach na dobre. Ah ... mniam .... mniam

fotofoto


31 lipca 2007 (wtorek) Decyzja

Ryga. Zmęczone. Znudzone. Zamyślone. Obiad w knajpce przypominającej z zewnątrz stodołę. Wiatrak też tam był. W środku działy z ziemniakami, mięskiem ze świnki, kurczaka, desery, itp. Na dobry humor były gofry, po których brzuchy bolały, ale całokształt fajny był! Potem wróciłyśmy do domu naszej host - Natalii i wciąż zmieniając decyzję postanowiłyśmy pojechać do Tallina i Helsinek i pojechałyśmy, chociaż kantor był zamknięty i kasę eurolines-ow nam zamknęli, a do dworcowej kasy biletowej zdążyłyśmy na 5 minut przed zamknięciem. Na granicy łotewsko - estońskiej Justyna robiła za przemytnika, zatrzaśnięta w kibelku nie wychyliła nosa do kontroli paszportowej.

fotofotofoto


1 sierpnia 2007 (środa) Helsinki last minute

Tallin, godz. 04:30 wysiadłyśmy przy terminalach portowych i co jak co przyszło nam czekać około godziny na ich otwarcie. Kiedy to nastąpiło udałyśmy się na poszukiwanie łazienki w celu wyszorowania ząbków. Pognałyśmy do kas i tu nasz zapał ostygł, cena, jaką usłyszałyśmy przewyższała nasze możliwości, a następnie kurs w kantorze też humorów nie poprawił. Zmizerniałe siedziałyśmy na ławeczce wyczekując cudu, ale cud się stał, spotkałyśmy typka z Polski, który doradził, aby sprawdzić jeszcze innego przewoźnika, tak też zrobiłyśmy. Po wymianie waluty, kilku minutach w kasie stałyśmy się szczęśliwymi posiadaczkami biletów na prom do Helsinek! 08:15 odpływamy w siną dal!
Helsinki! Każde miasto ma swój urok, ale Helsinki przytłoczyły mnie, brakowało mi w nich atmosfery, klimatu, osobowości, nie znalazłam tam żadnego ryneczku, placyku, miejsca spotkań mieszkańców, były za to olbrzymie budynki i kamienice, drogie muzea - Ateneum oraz Designu. Jednakże tajemnica tego miasta tkwi w straganach z wypolerowanymi owocami, masie przybrzeżnych, malutkich wysepek, pofałdowanych ulicach i sklepach z używanymi maskotakami i manekinami. Widziałyśmy katedrę, która przypominała tą z francuskiego Montmartre, wnętrze koloru kości słoniowej, surowe, poważne i skromne za razem, w głównym ołtarzu jedynie obraz, o 12 trafiłyśmy na koncert. Później wyczekiwałyśmy z tłumem licząc, że ujrzymy Rolling Stones'ów, ale coż, nie doczekałyśmy się  Za to ilu blondynów tam było  Po południu zdecydowałyśmy się wybrać stateczkiem na wycieczkę na pobliską wysepkę by podziwiać ruiny zamku. Zmęczone i głodne posiliłyśmy się prowiantem przywiezionym z Rygi. Na promie spotkałyśmy Polaków. I wróciłyśmy do Tallina, śpiąc na promie na pufkach 

fotofotofoto


2 sierpnia 2007 (czwartek) Miasto nocą

01:45 siedzimy na zapleczu stacji benzynowej, dziewczyny drzemią, a ja próbuję spisać wspomnienia, może język już nielogiczne zdania układa, acz to już druga z rzędu noc nie przespana! Wróciłyśmy do Tallina, a dziewczyna, u której miałyśmy nocleg nas olała, nie miałyśmy się gdzie podziać, wyglądałyśmy chyba jak uciekinierki, terminale zamknęli, a my same trzy sieroty w wielkim mieście poszłyśmy na stację benzynową licząc, że będzie tutaj całonocny bar, ale nie było, dziewczyna tu pracująca zgodziła się nas przechować, wypiłyśmy kawę i koczujemy do 4, potem zbieramy się na zwiedzanie Tallina.
O 4 rano wyruszyłyśmy zwiedzać stolicę Estonii, zjadłyśmy śniadanko w ogródku przydrożnej kawiarenki, zamkniętej o tej porze, obfotografowałyśmy z zewnątrz miasto nocą i ze skarpy podziwiałyśmy wschód słońca nad Zatoką Fińską oraz panoramę starego i nowego miasta wraz z porannym biegaczem. Justyna wróciła do Rygi wcześniej, czuła się dziwnie, ale dzięki temu odwiedziła jeszcze Muzeum Medycyny, a my z Dorotą podziwiałyśmy uliczki starego i nowego miasta, w jednym dniu udało się nam zobaczyć 3 siostry Talińskie i 3 braci Ryskich. W Rydze czekało na nas jedzonko i łóżeczko.

fotofotofotofotofotofoto



3 sierpnia 2007 (piątek) Znów w siodełku

Pożegnanie z Finlandią, Estonią i Łotwą. Wracamy. Wyruszyłyśmy trasą już nam znaną w kierunku granicy łotewsko – litewskiej. Nocleg u zaprzyjaźnionych już strażaków. Wspólnymi siłami upichciłyśmy zupę dyniowa z kaszą. Następnego dnia musiałyśmy zwlec się z karimatek o 7 rano ... o zgrozo ... i ruszyć dalej.

4 sierpnia 2007 (sobota)

oj dziewczynom kiprawo szło ... ale zajechałyśmy do Szawle ... postanowiłyśmy posłuchać zegara – koguta, który o godz. 18:00 mówił dzień dobry w wielu językach, ale polskiego nie usłyszałyśmy, za to Dorota, która przysiadła na ławeczce przykleiła się do gumy i kogut zyskał miano „Głupiej kury”  ... zupka jarzynowa z ryżem ... nocleg w namiocie pod pracą Kristiny ... kolejny raz byłam na Górze Krzyży .. . zakupaski w Maximie, IKI i czymś tam jeszcze, wieczorne piwko, nocne rozmowy, granda jabłkowo – gruszkowo – śliwkowa.

5 sierpnia 2007 (niedziela)

08:57 pociąg do Kaisiadorys. Na stacji w Szawle zaliczyłam kąpiel w oleju, bleee... Miałyśmy połączenie z przesiadką do Mariampola, ale my zdolne dziewczyny nie wiedziałyśmy, że na Litwie nie ma biletów łączonych. Na szczęście pani konduktor była miła i wyszłyśmy na tym lepiej niż jakbyśmy w kasie kupowały, bo nam ulgowe sprzedała. Tak czy siak zaoszczędziłyśmy 2 lt. Oczywiście na złej stacji wysiadłyśmy i prawdopodobnie w złą strone byśmy pojechały, ale na szczęście zapytałyśmy się, w którą stronę do domu! W pociągu siedziałyśmy w przedziale z Polakami. Syn jeździ ze swoim ojcem rowerem po terenach wschodnich. Przekroczyłyśmy granice, panowie strażnicy się uśmiali z mojego zawiasa. Pytali skąd jedziemy a ja uparcie twierdziłam, że z Litwy i nie dowiedzieli się z jakiego miasta itp., bo ja dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że to logiczne, że z Litwy.

Minęły trzy tygodnie! Przecież dopiero siedziałyśmy w pociągu do Warszawy, eh, szybko mija czas, prawie nikt w nas nie wierzył, czuję radość, że się udało, ze wszystko poszło ok., do domu jeszcze kawałek, ale jak by nie było wróciłyśmy już z Litwy, Łotwy, Estonii i Helsinek. Trza dodać hymn pochwalny dla serków mniam mniam ... nieodłącznie będą się kojarzyły z Łotwą bo tam je skosztowałyśmy po raz pierwszy u Natalii.

foto


6 sierpnia 2007 (poniedziałek) To już jest koniec ...

Dzisiaj wszystko działo się błyskawicznie. Wysiadłyśmy na Dworcu Głównym w Krakowie. Udało mi się spotkać z rodzicami przed ich wyjazdem na wczasy. Potem śniadanko i kawka u Juty i oczekiwanie na odjazd pociągu do Bochni. Na Dworcu rodzice Doroty. Dom. Uśmiech od ucha do ucha. Tak, to już koniec, ale przecież my już planujemy kolejną wyprawę ;)

Polecamy przewodnik:
Litwa - Tomasz Krzywicki
Oficyna Wydawnicza „Rewasz”

www.rewasz.com.pl
obszerna publikacja, która towarzyszyła nam przez całą wyprawę, serdecznie dziękujemy wydawcy!

Chciałyśmy również serdecznie podziękować internetowemu sklepowi Bajkszop sponsorowi sakwy, która jako jedyna nieprzemokła , oraz wszystkim, którzy witali nas z otwartymi rękoma w progach swoich domów, pomagali wnosić rowery, dbali byśmy nie umarły z głodu i po prostu towarzyszyli naszym przygodom fizycznie jak i mentalnie wierząc że wszystko się uda 

Krysia, Dorota, Juta

foto




Wasze komentarze [6]  główny wątekdodaj komentarz dodaj komentarz
 • szacunek
 raszid62 (11.11.2009 08:25): Szacunek i podziw dla dziewczyn ,żsame odważyły się na wyprawę (bez chłopa).
Jak piszę kolega, odległości realne, pozwalające coś zwiedzić , poznać ludzi.
wszak o to w takich wyprawach powinno chodzić. Odległośi to ja mogę nabijać jeżdżąc wkółko swojego miasta.
Może mi ktoś podpowiedzieć , jak przedstawia się sprawa z przewozem rowerów pociągiem na Litwie?
odpowiedzcytuj
 • co do km i sredniej i danych
 aki (07.09.2009 23:49): co do danych ja podczas mojej wyprawy zrobilemponad 800 km w 4 dni ze srednia powyzej 25 wiec to nic wielkiego i wyprawa byla w tatry slowackie i polskie a kazdy ma swojej tempo to do kolegi ktory nie ma wiary w takie dane
odpowiedzcytuj
 + podziw
 Krzysztof (24.05.2008 08:22): Szacuneczek dziewczyny - po pierwsze za prawdziwe dane na temat codziennej jazdy: normalne, ludzkie odległości i szybkości - a nie jakieś tam 280 km ze średnią 24,5 na godz.; po drugie, za nieskrywane i proste opisywanie zastanej rzeczywistości! Chwała rowerzystkom! Smile
Także rowerzysta
odpowiedzcytuj
  • XrEjbBsskK
  AKLhQlhOhjiqxYZr (27.07.2010 20:46): http://www.actspecialedreview.com/peach+loans.html peach loans >:] http://www.blakestuddardblog.com/12b+midi+songs.html 12b midi songs 853 http://www.pkgstudio.com/annual+holiday+insurance.html annual holiday insurance %-DDD http://www.pedrodiazfernandez.com/jackpots+in+switzerland.html jackpots in switzerland 482 http://www.romanticlovepoet.com/how+to+buy+tramadol+online.html how to buy tramadol online uzc
odpowiedzcytuj
 • Zaszczyt;)
 magdaS (30.03.2008 15:54): Zaszczyt dla mnie...że mam takie dzielne i odważne koleżanki;P Kiedy nastepna taka wyprawa się szykuje?bo myślę,że będzie nie jedna jeszcze... Smile
odpowiedzcytuj
 • Szacunek Dziewczyny!
 cross (29.03.2008 17:47): jak w temacie
odpowiedzcytuj
|1|2|
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami Czytelników,
rower.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.


   rower.com 
Copyright © 1998 - 2010 rower.com